Śniadanie wolę na słodko

Zamieszkam w domku z cukru
I nie będzie mi dłużej smutno
Nie będzie gorzko
Będzie słodko

Ucieknę od was wszystkich
Solących słoną już potrawę
Na śniadanie zamiast kawy
Wypiję czekoladę

Łzy swoje przyprawię
Miodem z sokiem malinowym
Każdą kroplę smutku
Osłodzę kremem karmelowym

Latem

Od pustych słów
Wolę motyle
Co w brzuchu
Latają niczyje

Żar słońca
Który do głowy
Uderzy lepiej niż
Szot czystej wody

Zamiast zimą
Wolę siebie latem
Byś mógł mnie
Uszczęśliwić kwiatem

Wymownym spojrzeniem
Latem gorącym
Niemym wyznaniem
Kwiatem pachnącym

Idealna

Nie umiem być figlarna
Filigranowa nie będę
Co najwyżej będę fatalna
Fatalnie będę wiercić się
Jak dziecko które nie wie
Czego chce
Fatalnie będę męczyć Cię
Sobą aż wreszcie się znudzę
Twoją zwyczajną osobą
Fatalnie będę płakać
I od wina zataczać
Będę fatalną partnerką
Lecz najlepszą tancerką
Fatalnie będę pląsać
By zaraz potem dąsać się
Nad Twoim brakiem obycia
I tak do końca życia
Wystarczy pewien fatalny raz
Kiedy Cię zachwycę i jeden
Uśmiech fatalny przemycę
Nie będę ani głupia ani mądra
Nie będę zgrabna
Będę nieporządna
Wiecznie głodna i niemodna
Pod żadnym względem
Nie będę idealna
Będę po prostu fatalna

Porady na zdrady


Nie ufajcie nikomu
Czytajcie etykietki
Dwa razy
Przed zużyciem
Saszetki
Skontaktujcie się
Z lekarzem
Nim zechcecie
Zmienić ciąg
Wydarzeń
Pilnujcie
Pierwszej zasady
Ażeby nie
Doświadczyć zdrady
Nie pozwólcie
By ktoś podszedł
Zbyt blisko
Bo może zabrać
Wasze wszystko

W płomieniach

Cała płonę
Jak szalony
Ogień
Od iskier aż
Niebo
Się mieni
Gorączkę mam
Żar
Spojrzenie mi
Wypala
Płomień mój
Serce
Zniewala dusi
Płuco
W ciele się krztusi
Głowa
Gorąca cała
Ciało
Niespokojne a dusza
Oszalała

Twórcę zapytaj
Czy ta
Śmiertelna kara
Żywego
Człowieka dotknąć
Miała?

Ucieczka

I nie wytrzymała
Kazań niedzielnych
Dość miała
Sennych marzeń
Pobożnych wyobrażeń
O byciu (nie)równym
Życiu cudnym
Spełnionym choć
Nudnym
Niestałość wybrała
Mówili, że zdziczała
Biedna wyuczona
Zmarniała
Przyszło lato
Za morze wyleciała

Mokry wiersz

Za oknem deszcz leje 
I kapie i dzwoni i dżdży
Goni sny moje wiosenne
To tłucze to znów szepcze
Niech przestanie wreszcie! 

Pod poduszkę deszcz wkrada się 
Zalewa wspomnienia
Wypłukuje kwietne sny
Wykrada wszystkie mrzonki 
Zabiera moje parasolki 

Ulegam tej rozpaczliwej ulewie 
Już nie szukam schronienia 
Pływam w smutnej nocy śpiewie 
W rozpaczy moje wytchnienie 
W słonych kroplach ukojenie 

Oda do śmiałości

Chłopaku co spod rzęs na mnie spoglądasz
Nie kryj swojego śmiałego wzroku
Chcę być pod klątwą Twojego uroku
Widzę jak mnie skrycie osądzasz

Słyszę przyspieszony serca rytm
Na mój znak nie czekaj
Dłużej już nie zwlekaj
Pokonaj odejmujący Ci mowę wstyd

Walczysz ze sobą teraz
Lecz prędzej mi się przyśnisz
Nim się namyślisz
Tak minie przeznaczony nam czas

Umieranie

Widziałeś kiedyś ogień?
Gasnę jak ten płomień
Co choć nie chce
Umiera na wietrze
Gdy siebie
Chciałam znać jeszcze
Nie wiedziałam
Że nieznajomą sobie
Zostanę osobą
Przepaloną wdową
Powietrze
Łykam łapczywie
Może gdy zgasnę
Zacznę żyć nareszcie

Oni

Oni mają kolce
Są piękni
Jak słońce
Gdy nie patrzysz
Wprost
Ranią po cichu 
Winą jest
Żeś jak naiwny 
Zwierz 
Ufnie temu pięknu
Zaufał 
Póki czas 
Bierz nogi za pas 
Uciekaj
Jeśli siłę masz 
Nie bądź zwierzyną 
Co truchleje 
W panice szaleje 
Przecież od nich 
Dostaniesz już tylko 
Kwas 
Bez nich 
Uda Ci się
Jeszcze zachować twarz